Naszło mnie natchnienie na pisanie zaległych wpisow :)
W Azji często ludzie jedzą, zamiast monte i innych jogurcików, takie owocowe puddingi z kawałkami nata de coco w środku. A cóż to znowu? Nata de coco to woda kokosowa sfermentowana za pomocą specjalnych bakterii. Ta niesłodka słodycz została wynaleziona w 1949 roku przez filipińską chemiczkę, Teódulę Kalaw Áfricę (nie mam pojęcia czy poprawnie odmieniłam jej imię).
Można zrobić to w domu (jeśli akurat macie pod ręką trochę bakterii komagataeibacter xylinus) - normalnie zestaw małego chemika...
A oto jak nata de coco powstaje w fabryce:
Tutaj mamy 6 opakowań i 5 smaków (istnieje więcej rodzajów, np. marakuja/passion fruit). Podwójne liczi - niestety - niesmaczny, takie bez smaku. Inne smaki są całkiem przyjemne... jednakże pierwsze miejsce bezprzecznie zajmuje truskawka.
Taka konsystencja
...,
Igła w stogu siana, czyli szukaj nata de coco w białym puddingu
Pomimo tego, że moje pierwsze spotkanie z tajskim curry podczas konwentu w Krakowie pozostawiło wiele do życzenia, postanowiłam dać tej potrawie drugą szansę. Poszłam na łatwiznę, kupiłam zestaw DIY - przyprawy, mleko kokosowe i czerwona pasta curry w zestawie, samemu trzeba się zatroszczyć o warzywa i ewentualne mięso/wege substytut. W środku można było znaleźć instrukcję jak gotować, ale jeśli przyjrzycie się dokładnie zdjęciom i tekstowi, zobaczycie że producent prawdopodobnie poleciał po kosztach i tłumaczył instrukcję poprzez Google Translate.
f
Tak czy inaczej, słuchałam się istrukcji dość wiernie, tylko na koniec gotowałam dłużej niż trzeba było. Tajskie curry akurat powinno mieć konsystencję zupki, a u mnie było gęsto. Ale i tak było smaczne, o wiele lepsze niż z tamtego foodtracka. A to rzadkość.
Ale, ale, małe ostrzeżenie. Na opakowaniu pisało "mild", ale w rzeczywistości to był niezły ogień; mam trochę wytrzymałości na ostre przyprawy, ale i tak to było balansowanie na granicy jadalne i niejadalne. (choć przypomnę jeszcze raz, smaczne to było)
Tajskie curry jest na pewno bardziej egzotyczne od japońskiego, które to ma naleciałości europejskie. Przyprawy, mleko kokosowe i odpowiednia pasta to podstawa. Najczęściej widuję opcje curry zielone, curry czerwone (moje) i żółte (z konwentu). Podobno najostrzejsze ma być zielone curry (dodaja zielone chilli), średnio ostre ma być czerwone (czerwone chilli), a najmniej ostre - żółte (proszek curry). W Azji ludzie przygotowują pastę do curry w domu albo kupują gotową w sklepie; w naszych warunkach najlepszą opcją są sklepy internetowe.
Tym razem smak łagodny, ale w tej potrawie najwyraźniej nie widzę różnicy między ostrym a łagodnym... W każdym razie curry wychodzi jak trzeba.
2. Pasta curry
W końcu udało mi się dorwać pastę curry, czyli coś co istniało przed wynalezieniem kostek. Czyli, utrudnianie sobie życia na własne życzenie. Dodałam mąkę, grzecznie podążałam za instrukcjami - chyba - ale coś nie wyszło. Taka dziwna rzadka zupa wyszła...
3. Curry gotowiec
Ciekawostka - znalazłam warzywne curry gotowe, zapewne najbardziej niezdrowe, ale jednorazowo chciałam wypróbować. Podgrzewanie w opakowaniu, we wrzątku... Warzywa pokrojono nieco inaczej jak ja to zwykle robię, ale pewnie to tylko kosmetyczna różnica. Smak był dziwny, taki słodkawy, człowiek zjadł ale z zerowym entuzjazmem.
Następnym razem opiszę swoje przygody z tajskim curry, bo to zupełnie inna bajka :)
Miałam niedawno okazję próbować japońskich mochi wyprodukowanych na Taiwanie.
Mix trzech smaków
1. Masło orzechowe w żółtym papierku (mój faworyt)
2. Czerwona fasola (klasyka, też dobra)
3. Sezam (też ok, ale z masłem orzechowym nie wygra)
Na amazonie widziałam, że ta specyficzna bombonierka dostała dość niedobre opinie, ale nie wiem co się ludziom nie podobało, opinii w języku angielskim to ze świecą tam było szukać.
Mochi to jedne z najbardziej rozpoznawajlnych tradycyjnych słodyczy wagashi. Bardzo przyjemne, nie za słodkie, dobre do herbaty. Niemniej nie jest to najlepsze jedzenie dla dzieci, staruszków i ludzi którzy lubią szybko jeść. Jak się nie przeżuje dokładnie tylko gryzie i połyka to można się zadławić, skończyć w szpitalu albo na cmentarzu. Tak, każdego roku mochi zbiera swoje żniwo. Ponadto niebezpieczeństwo się nie kończy na ryzyku uduszenia: były przypadki że ludzie szybko jedli, nie gryźli dokładnie, nie udławili się, ale - ale - później dostali niedrożności jelita cienkiego i musieli się operować. No cóż, ale też nie ma co się przesadnie bać, większość ludzi jakoś przeżyła konsumpcję :)
Istnieje wiele smaków mochi. Kiedyś chciałabym spróbować nadzienia o smaku zielonego herbaty (matcha mochi), słodkiego ziemniaka (taro) i mango. Te są chyba najbardziej popularne więc to dobry trop.
Mochi, oprócz tego, że ma wiele smaków, może mieć wiele form, nie próbowałam, ale brzmią interesująco. Oto kilka z nich:
1. Mochi normalne (ha ha)
2. Zoni, zupa z mochi - zupa jest niby na bazie miso, wytrawna a nie słodka, ale przyznam, ze nie wiem czy mochi jest tu z nadzieniem czy bez nadzienia (a jeśli z nadzieniem, to z jakim?)
3. tangyuan - chińska słodka zupa z kluskami mochipodobnymi (dużo możliwych wariacji smakowych, np. imbirowa woda i kulki z sezamem)... okoliczne kraje mają wiele deserowych klusek w różnych formach; wcale się nie dziwię, kluski są super
4 lody mochi - lody zamiast normalnego nadzienia (produkuje to firma My Mochi, zdaje się). Ciężko sobie wyobrazić teksturę tej słodyczy, czy to będzie hit czy kit - ale spróbować można.
5. kawałeczki mochi jako posypka do mrożonego jogurtu
Jak widać, mochi i kleisty ryż ma nieskończony potencjał :)
Mochi próbowałam ze zwykłymi ziółkami, z matchą, a nawet z kawą (o zgrozo). Matchę zaparzyłam niepoprawnie i nie mam tu nic na swoje usprawiedliwienie, zły dzień czy co. Byłam w lokalnym sklepie z kawą, głównie po syrop; przy okazji wzięłam próbkę matchy i filtry do kawy. Ha! Te filtry to mój najgorszy zakup 2021 roku i chyba nic go nie przebije. Spytałam się panią sprzedawczynię czy mają filtry (sklep z kawą to chyba powinni mieć, myślałam). A tu tak średnio, pani poszła szukać, szukała i coś wynalazła. Wzięłam bo było mi głupio odmówić zakupu jak już się pytałam i kłopotałam (zaiście w japońskim stylu) - ale 32 złote za 100 filtrów... nigdy więcej,