Ponadto widzę u mnie w rodzinie pewne pokoleniową tendencję, z całym szacunkiem dla wszystkich niżej wymieniowych. Zdaje się że moja prababka niepodzielnie rządziła w kuchni, trzymając synową (babcię) pod pantoflem, o ile można użyć tego wyrażenia w tym kontekście. Dopiero jak choroba przykuła ją do łóżka, królestwo kuchenne odebrała babcia. Matka mówi że nauczyła się gotować po ślubie i wyprowadzce z domu; zatem dopiero ślub dawał pozwolenie na wstęp do kuchni, bo gospodyni główna jest bardzo, bardzo zaborcza o swoje królestwo.
U mnie taki problem że małżeństwo to raczej nie moja działka - zatem nigdy nie będzie oficjalnego pozwolenia. Pozostaje mi nabywać umiejętności mimochodem, przy okazji...
Mimo wszystko w ostatnich miesiącach dość mocno podniosłam poziom umiejętności w tej dziedzinie. Trochę dla własnej satysfakcji, trochę z myślą o tym że wreszcie będzie można zrobić coś własnoręcznego dla przyjaciół, ewentualnie. Swoją drogą przypomina mi się Pakistańczyk z Internetu i jego niemalże natychmiastowa propozycja aby rzucić wszystko, przejść na islam, wziąć ślub, jechać do Niemiec - i jaki szok na oświadczenie, że nie umiem gotować. Czy jakiś Anglik z Internetu, bez propozycji matrymonialnych, ale również natychmiastowe założenie że każda Polka gotuje jak Makłowicz.
W sumie rodzina ma dość szerokie zainteresowania kulinarne. W uproszczeniu:
Brababka, babcia, matka: kuchnia polska, schabowe&company
Kuzyn: kuchnia Pięciu Przemian (aktualnie chińska koncepcja!)
Kuzynka: kuchnia wegetariańska, wegańska
ja: .... różności, w sumie za mało umiejętności aby deklarować konkretną dziedzinę (w strefie marzeń specjalizowałabym się w kuchni Azji; uważam że jest ciekawa, raczej zdrowa i... ładna - patrz wagashi, japońskie słodycze do herbaty)
Tak czy inaczej, ostatnio moja matka nabyła urządzenie zwane thermomixem i prosiła o pomoc w nauce obsługi, co prowadziło do robienia wielu rzeczy spożywczych. Zaiste kombajn, maszyna do wszystkiego. Chleb można piec, skoro maszyna wyrobi ciasto w 2 minuty, a w pobliżu piekarnik elektryczny. Normalnie jakieś luksusy, lepiej się nie przyzwyczajać. (Nie ma się co martwić, niebawem zmienię miejsce pobytu znowu) Nawet odeszła mnie ochota żeby robić zdjęcia, no nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach, kiedy jedzenie musi być rytualnie obfotografowane przed spożyciem. Wielki Brat teraz może śledzić ją nawet bardziej ściśle, bo zgodziła się aby urządzenie zbierało i wysyłało informacje na temat tego co jest gotowane.
Dodatkowa refleksja: kiedyś tak się trzeba było umordować z zagniataniem ciasta, wiem bo robiłam to u babci - a teraz przyszła technologia i ułatwiła sprawę. Plus i minus jednocześnie, podobnie like the fact that manufacture jobs are dropping... Ot, tendencja, rzecz nieunikniona choć nieco melancholijna.
Ciekawostka: pierwszy raz w życiu miałam sen kulinarny. Bezy... Uświadomiłam sobie "A nie wiem jak są bezy po angielsku" - dawaj słownik - meringues, aha. Tyle pożytku z tego snu.
Co ja bym zrobiła bez tych youtubowych tutoriali...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz