Spojlery!
Nie jestem fanką Netflixa. Ostatnią rzeczą jaka mi się z nią kojarzy jest okołopedofilska afera z filmem "Cuties" i jej konsekwencja w postaci gigantycznego spadku liczby subskrybentów.
Jeśli chodzi o originalne animacje Netflixa, widziałam "The Willougbys" (niezbyt), "Le Petit Prince" (nawet, nawet), "I Lost My Body" (okropieństwo) oraz "Klaus" (nie ideał, ale jak na dzień dzisiejszy jest to ich najlepsza animacja). Teraz zaś zapoznałam się z nowością - "Wyprawą na Księżyc" czyli "Over the Moon", w oryginalnej wersji językowej. Ten rok jest dość pechowy dla rzeczy związanych z Chinami - nowa Mulan miała zarobić miliony, również ten film ma chińskie dekoracje... oba przedsięwzięcia pozostawiają wiele do życzenia.
Główna bohaterka ma na imię Feifei (菲菲) i jest jedyną córką sprzedawców ciasteczek księżycowych. Mieszkają w dużym domu na który, w prawdziwym świecie, jest nieosiągalny dla osób które zarabiają na życie w ten sposób. Również miejscowość w której mieszkają wygląda nierealistycznie przepięknie jak tradycyjne chińskie stare miasto. W trakcie piosenki przechodzimy od wspólnego wypieku ciastek do choroby (pewnie nowotwór) i śmierci matki - kalka z "Do you want to bult a snowman", gdzie zaczyna się uroczo a kończy śmiercią obojga rodziców podczas katastrofy morskiej. Rodzice zapoznali Feifei z chińską legendą o Change(嫦娥) i Houyi (后羿) - kolejna para tragicznie rozdzielonych kochanków, ona stała się boginią na księżycu, on pozostał śmiertelnikiem i umarł. Po czterech latach od śmierci matki ojciec zdecydował się poślubić kolejną kobietę, panią Zhong - razem z macochą w pakiecie dostajemy adoptowanego brata China. Feifei wolałaby żeby ojciec pozostał wierny pamięci jej matki i ponieważ w wieku dwunastu lat nie odróżnia legend od rzeczywistości (bardzo niepokojące) uznaje że jak prawdziwa jedyna miłość (reprezentowana przez Change i Houyi) istnieje, no to ojciec też musi podążać tym tokiem rozumowania - Change jest prawdziwa więc nie możesz się ożenić drugi raz. Dlatego trzeba zbudować amotorką rakietę i polecieć na księżyc. Jej.
Tak, główna bohaterka jest irytująca i przygłupia (mimo bycia prymusem w klasie). Jej nowy brat też jest irytujący choć zasadniczo nieszkodliwy. Nie ma kogo lubić. Feifei posiada białego królika (będą robić zabawki i sprzedawać?), a jej brat ma żabę która nie spełnia prawie żadnej roli w filmie.
Feifei jakimś cudem udaje się wzbić w powietrze, a później zostaje wciągnięta w strumień żółtego światła. Przez chwilę myślałam, że porywają ją kosmici, ale to tylko Change pomogła im dostać się na księżyc. I tutaj następuje koniec tego dobrego, tzn. ładnej animacji.

Tak, animacja chińskiego życia codziennego była bardzo ładnie zrobiona - są cioteczki tańczące grupowo na ulicach, są obrzydliwe mundurki szkolne, od czasu do czasu słychać za angielszczyzną parę chińskich słów, jak w "Firefly". Niemniej najlepiej ogląda się różnorodność chińskiej kuchni (jestem przekonana, że niektórzy dostaną traumy na widok hairy crabs, krabów wełnistorękich), a także częściowo proces przygotowania (ciastka). Niestety, magia się kończy kiedy wkraczamy do świata mitologii.
Zaświaty są tak brzydko zrobione, że to aż boli, co za marnotrastwo. Nie wymagam poziomu studia Ghilbi czy chociażby przyjemnej stylistyki disneyowskiego "Herkulesa", ale to co dostajemy to jakaś profanacja. Jest tyle niesamowitych sworzeń w chińskiej mitologii, różne smoki, małpi król i cały repertuar podróży na Zachód... To mogło być coś pięknego i psychodelicznego. Tymczasem co zrobili animatorzy? Kto mieszka na księżycu oprócz Change i księżycowego królika? Kilka podróbek Angry Birds, glutowaty łuskowiec Gobi, kilka chodzących ciastek księżycowych, a reszta to tłum pastelowych glutów (takie glutowate zabawki nie są bardzo trudne do wyprodukowania, zapewne, ale kto chciałby coś takiego?).
Sama postać Change jest dość niekonsekwentna. Ciężko powiedzieć czy po prostu kobieta zwariowała, czy po prostu nie jest dobrze napisaną postacią... pewnie to drugie.
Nie wiem co mnie bardziej rozczarowało: animacja zaświatów czy muzyka. Piosenki są bardzo nijakie, wykonanie też nie powala na kolana. Ciekawe czy covery youtuberów będą trochę lepiej brzmieć... W dodatku piosenki często są wkomponowane na siłę (przykładem może być rap battle a'la Filip z konopii).
| dużo glutków |
Brakuje mi tutaj:
- logiki (Cinema Sins będzie miało o czym rozmawiać)
- ładnych zaświatów
- zapadających w pamięć piosenek
- sensownych przeszkód, dobrego czarnego charakteru/antagonisty
- zmiany fryzury, haha (Change miała rację co do tego)
Co było niepotrzebne:
- nachalne moralizarostwo (ach, żeń się ojciec, żeń, nie ma jak to moja patchworkowa rodzina)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz